niedziela, 5 maja 2013

Smacznego!

Byliśmy z żoną w restauracji Polka Magdy Gessler na starym mieście. Trochę tak bez oczekiwań, a poszliśmy, bo chcieliśmy w końcu spróbować, a ceny nie takie wysokie. Program jej w telewizji oglądamy czasami i Pauli bardzo się podoba, mi nieco mniej, ale to przez formułę. Obojgu nam wydają się niepotrzebne wstawki o team-buildingu, ale program ten ma też nauczyć nie tylko restauratorów, jak zespołem i własną firmą zarządzać, więc oprócz wątpliwego aspektu komicznego, te wstawki są potrzebne. Wracając jednak do restauracji.

Kelner zabiegany, ale bardzo miły. A lekcja w n-tej już restauracji, na początek warto wybrać coś do picia, aby jak przyjdzie, to zamówić i jak przyniesie, to zamówić jedzenie. Inaczej się czeka, no chyba że mały ruch w restauracji. Botwinka i żurek, a na drugie eskalopki z polędwiczek i kaszanka z musem jabłkowym z musztardą. Do tego ziemniaczki i młoda kapusta. I wszystko byłoby super pięknie fajnie, gdyby nie inni goście.

Małżeństwo z małą córeczką.

Przychodzi kelner i pyta się czy smakowało. Facet, że smakowało mu, a żona "Powiedz prawdę, przecież ci kotlet nie smakował. " "Smakował" i jak kelner poszedł, to dalej o tym, że czemu powiedział, że mu smakowało, skoro mu nie smakowało, a ten że mu smakowało, a potem żeby się nie odzywała już. Kelner przyjął to na klatę i nie komentował dalej, tylko zapytał czy może deser albo coś. W ogóle to przykład bardzo dobrego kelnera, który spokojnie poleca coś, pyta, nie ucieka wzrokiem, nie atakuje, jest bardzo miły. Rzadko kiedy kogoś takiego się spotyka.

Kelner potem do nas podszedł i zgodnie z prawdą powiedziałem, że kaszanka niesamowita. Połączenie musu z jabłkiem jest naprawdę super, a jeszcze do tego mięciutka kaszanka. Nawet Pauli smakowało, a normalnie nie je czegoś takiego. I jak kelner podszedł do ich stolika jeszcze raz, to kobita zaczęła mówić, że wątróbka dobra, że to i tamto. I dobrze. Według mnie, jeśli coś nie pasowało, ale dlatego, że inaczej przyrządzone niż się normalnie je, to nie ma sensu się odzywać za bardzo. Jakby było za zimne, nieświeże, to jak najbardziej. Ale tak to wystarczy "było ok, było dobre", a jak naprawdę smakowało, to też często wiadomo czemu i można o tym pogadać. Kelnerzy, kucharze, ludzie przyrządzający lody naprawdę lubią, jak się coś doceni i pogadają wtedy.

Na przykład kelner, może nie do końca super mega profesjonalnie, ale w moim odczuciu na bardzo duży plus powiedział, że niektórzy ludzie marudzą (sic!), że kaszanka nie jest na chrupiąco. Nie wiem, po co miałaby być z musem jabłkowym z musztardą na chrupiąco, bo to nijak nie pasuje do siebie.

No ale to nie byli jedyni goście, obok była rodzina jeszcze jedna. Małżeństwo z dwoma dużymi synami. I jak kelner podszedł i pyta, czy państwo się zdecydowali na coś już, to usłyszał "Już dawno się zdecydowaliśmy. W Internecie sprawdziliśmy wcześniej" ok... wiele wnosząca uwaga. Potem o botwince, że on bardzo lubi i jest ciekaw czy jest dobra tutaj. A jak zjadł to skwitował, że nawet ok, ale on jest przyzwyczajony do innej. Najciekawsza sytuacja miała miejsce, gdy przyniósł drugie danie i kobita nagle do kelnera z oburzeniem, co to ma być to dookoła. On jej tłumaczy, że pieprz (talerz udekorowany, Paula miała to samo i jej się bardzo podobała dekoracja cała). A ta, że ma nadzieję, że w środku tego nie ma.

Ręce.

Opadają.

Ludzie naoglądają się telewizji i tego, jak Gesslerowa łazi po restauracjach i krytykuje, wyrzuca rzeczy, a potem poucza (a wszystko przerysowane, bo taki to ma być program, chociaż często restauracje są tragiczne swoją drogą), a potem sobie myślą, że przyjdą do restauracji Magdy Gessler i wtedy to oni jej pokażą. Kobita tamta chyba myślała, że talerz jest brudny. Tak, pewnie wyrzucają go w ziemię i podają taki talerz ludziom.

To chyba jakaś ukryta potrzeba poprawienia swojej samooceny przez dowalenie komuś, kto innym dowala. Tu nawet nie chodzi o odniesienie sukcesu, ale bardziej "skoro ktoś krytykuje innych, to ja mu pokażę, że sam jest taki-i-owaki".

I ludzie idą do restauracji poubierani jak szczur na otwarcie kanału, a i tak nie wiedzą, jak się zachować. Tak, do restauracji nie powinno się chodzić byle jak ubranym, a zdarza mi się w t-shircie pójść, ale to nie jest koniec świata. Za to bycie ponad stan, to jest chamstwo. Od dawna wydaje mi się, że do restauracji idzie się, aby coś zjeść i miło spędzić czas, a nie żeby się powyżywać, a potem opowiadać znajomym, że "byłem u Gesslerowej i musiałem czekać 15 minut na jedzenie".

I ludzie idą do restauracji i nie wiedzą, że np. jedzenie się przystraja, że są pewne zasady i niepotrzebnie się potem odzywają, zamiast poobserwować chociaż i jeśli nie są pewni, to delikatnie zapytać czy zwrócić uwagę.

A napiwki to już inna bajka. W niektórych restauracjach wprowadzone są 10% doliczone kwoty, bo ludzie nie zostawiają nic albo rzadko. Nie lubię czegoś takiego, ale rozumiem. Bo chcieli byś potraktowani jak cesarz, a byli zaledwie jak hrabia. Bo myśleli, że jedzenie będzie zrobione na miejscu, po złożeniu zamówienia, ale dostarczone na ich talerz po minucie czekania.

Ech...

Smacznego!

czwartek, 2 maja 2013

kijki kontra kupy

Pomiędzy ogrodzeniem naszego bloku na domami obok jest uliczka, a pomiędzy tą uliczką i ogrodzeniem jest trójkącik trawy. Nie wiem do kogo należy. Może do nikogo, a może do jednego z domów (tak jak i pewnie po fragmencie ulicy.
W każdym bądź razie kilka dni temu z okna wychyliła się kobita i zaczęła krzyczeć, że psy tam kibel sobie zrobiły i co to ma być itd. Ok, rozumiem, że dresy obsikujące wszystko w Ząbkach jej nie przeszkadzają. Tak samo walające się śmieci. Ale nagle psie siki są strasznie wielkim problemem. No chyba że kupy, ale odpowiedzieliśmy, że po psach sprzątamy.
No ale ktoś nie wytrzymał i postawił kijki obwiązane sznurkami, a na środku drzewko małe zasadził.
No i ok.
Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak. Z jednej strony ludzie z psami, po których nie sprzątają i kupy walają się wszędzie, a z drugiej ludzie, którym to strasznie przeszkadza, ale zamiast dążyć do tego, aby tamci zaczęli sprzątać, to będą stawiać kijki z sznurkami, aby w okolicy 20 metrów od domu nie było psich kup.
Bo jakby zwróciła uwagę, nagrała sytuację i zgłosiła się na policję, to co? Pewnie by była kapusiem. W mniemaniu swoim i sąsiadów.
A mi się nie chce. Nie chce mi się użerać z kimś takim. Trochę mi się już nie chce ludziom zwracać uwagę, aby sprzątali po swoich psach, bo w najlepszym przypadku ignorowali mnie, a w najgorszym rzucali. Nie chce mi się sprawdzać w UM do kogo należy ten fragment i robić szopki pt "pani nielegalnie zagospodarowała przestrzeń publiczną zawłaszczając sobie ów skwerek, przeznaczony do wspólnego użytkowania, na zaspokojenie własnych potrzeb estetycznych".
I nie chce mi się zwracać uwagi ludziom w autobusach i tramwajach, którzy przepychają się, bo zaraz wysiadają i kij, że przez nich wpadam na innych ludzi. Ani tym, którzy stoją w wejściu i myślą, że jak wciągną brzuch to te dodatkowe pół centymetra pozwoli przepuścić tłum wysiadających ludzi. Ani tym na zewnątrz, co myślą, że jak drzwi autobusu się otworzyły, to oznacza, że autobus rusza z miejsca i trzeba koniecznie wbiec do środka.
Nie chce mi się, ale się zmuszam, aby mniej lub bardziej uprzejmie zareagować. Bo jak tego nie zrobię, to któregoś dnia dojdzie do sytuacji, w której moja linia dialogowa zabrzmi "Oj, najmocniej przepraszam. Pomóc pozbierać zęby czy poradzi sobie?"