Pomiędzy ogrodzeniem naszego bloku na domami obok jest uliczka, a pomiędzy tą uliczką i ogrodzeniem jest trójkącik trawy. Nie wiem do kogo należy. Może do nikogo, a może do jednego z domów (tak jak i pewnie po fragmencie ulicy.
W każdym bądź razie kilka dni temu z okna wychyliła się kobita i zaczęła krzyczeć, że psy tam kibel sobie zrobiły i co to ma być itd. Ok, rozumiem, że dresy obsikujące wszystko w Ząbkach jej nie przeszkadzają. Tak samo walające się śmieci. Ale nagle psie siki są strasznie wielkim problemem. No chyba że kupy, ale odpowiedzieliśmy, że po psach sprzątamy.
No ale ktoś nie wytrzymał i postawił kijki obwiązane sznurkami, a na środku drzewko małe zasadził.
No i ok.
Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak. Z jednej strony ludzie z psami, po których nie sprzątają i kupy walają się wszędzie, a z drugiej ludzie, którym to strasznie przeszkadza, ale zamiast dążyć do tego, aby tamci zaczęli sprzątać, to będą stawiać kijki z sznurkami, aby w okolicy 20 metrów od domu nie było psich kup.
Bo jakby zwróciła uwagę, nagrała sytuację i zgłosiła się na policję, to co? Pewnie by była kapusiem. W mniemaniu swoim i sąsiadów.
A mi się nie chce. Nie chce mi się użerać z kimś takim. Trochę mi się już nie chce ludziom zwracać uwagę, aby sprzątali po swoich psach, bo w najlepszym przypadku ignorowali mnie, a w najgorszym rzucali. Nie chce mi się sprawdzać w UM do kogo należy ten fragment i robić szopki pt "pani nielegalnie zagospodarowała przestrzeń publiczną zawłaszczając sobie ów skwerek, przeznaczony do wspólnego użytkowania, na zaspokojenie własnych potrzeb estetycznych".
I nie chce mi się zwracać uwagi ludziom w autobusach i tramwajach, którzy przepychają się, bo zaraz wysiadają i kij, że przez nich wpadam na innych ludzi. Ani tym, którzy stoją w wejściu i myślą, że jak wciągną brzuch to te dodatkowe pół centymetra pozwoli przepuścić tłum wysiadających ludzi. Ani tym na zewnątrz, co myślą, że jak drzwi autobusu się otworzyły, to oznacza, że autobus rusza z miejsca i trzeba koniecznie wbiec do środka.
Nie chce mi się, ale się zmuszam, aby mniej lub bardziej uprzejmie zareagować. Bo jak tego nie zrobię, to któregoś dnia dojdzie do sytuacji, w której moja linia dialogowa zabrzmi "Oj, najmocniej przepraszam. Pomóc pozbierać zęby czy poradzi sobie?"
W każdym bądź razie kilka dni temu z okna wychyliła się kobita i zaczęła krzyczeć, że psy tam kibel sobie zrobiły i co to ma być itd. Ok, rozumiem, że dresy obsikujące wszystko w Ząbkach jej nie przeszkadzają. Tak samo walające się śmieci. Ale nagle psie siki są strasznie wielkim problemem. No chyba że kupy, ale odpowiedzieliśmy, że po psach sprzątamy.
No ale ktoś nie wytrzymał i postawił kijki obwiązane sznurkami, a na środku drzewko małe zasadził.
No i ok.
Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak. Z jednej strony ludzie z psami, po których nie sprzątają i kupy walają się wszędzie, a z drugiej ludzie, którym to strasznie przeszkadza, ale zamiast dążyć do tego, aby tamci zaczęli sprzątać, to będą stawiać kijki z sznurkami, aby w okolicy 20 metrów od domu nie było psich kup.
Bo jakby zwróciła uwagę, nagrała sytuację i zgłosiła się na policję, to co? Pewnie by była kapusiem. W mniemaniu swoim i sąsiadów.
A mi się nie chce. Nie chce mi się użerać z kimś takim. Trochę mi się już nie chce ludziom zwracać uwagę, aby sprzątali po swoich psach, bo w najlepszym przypadku ignorowali mnie, a w najgorszym rzucali. Nie chce mi się sprawdzać w UM do kogo należy ten fragment i robić szopki pt "pani nielegalnie zagospodarowała przestrzeń publiczną zawłaszczając sobie ów skwerek, przeznaczony do wspólnego użytkowania, na zaspokojenie własnych potrzeb estetycznych".
I nie chce mi się zwracać uwagi ludziom w autobusach i tramwajach, którzy przepychają się, bo zaraz wysiadają i kij, że przez nich wpadam na innych ludzi. Ani tym, którzy stoją w wejściu i myślą, że jak wciągną brzuch to te dodatkowe pół centymetra pozwoli przepuścić tłum wysiadających ludzi. Ani tym na zewnątrz, co myślą, że jak drzwi autobusu się otworzyły, to oznacza, że autobus rusza z miejsca i trzeba koniecznie wbiec do środka.
Nie chce mi się, ale się zmuszam, aby mniej lub bardziej uprzejmie zareagować. Bo jak tego nie zrobię, to któregoś dnia dojdzie do sytuacji, w której moja linia dialogowa zabrzmi "Oj, najmocniej przepraszam. Pomóc pozbierać zęby czy poradzi sobie?"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz